
![]() |
|
![]() |
||
|
| ||||
![]() |
SzukajLogowanie |
![]() |
Wędrowanie z sensem i po sens
18 marzec, 2008 - 23:37
Zawsze kiedy się kończy zima, to z jednej strony każdy z nas jest zmęczony po czasie chłodnym i ciemnym, a z drugiej strony coś nas już cieszy. I wtedy jakby cieplej nie tylko za oknem, ale cieplej i na duszy. Słońce wyżej, dzień dłuższy i za kilka dni pąki na drzewach pozwolą by je zauważać, bo tak napęcznieją. A za kolejnych kilka dni dadzą uciechę oczom, gdy wybuchną postrzępionymi wachlarzami zieleni. Wiadomo, że ta nadchodząca wiosna to dla wielu też jest czas ciężkiej, zwyczajnej, codziennej roboty. I jeszcze ile to się człowiek nadenerwuje, czy ta wiosna będzie taka, że będzie co jesienią zebrać? To wszystko jest tak zwyczajne, trywialne, tak oczywiste i proste, że właściwie każde słowo na ten temat może być odczytywane jak opowieści dziecka, które pierwszy raz spotyka się z cudami tego świata. Ale czym, jak nie cudem, jest kolejne budzenie się do życia? Bardzo dobrze można zobaczyć i odczuć ten czas wiosennego przebudzenia w Tyńcu. Kamienie tynieckie, skała na której w 1044 roku posadowił się klasztor benedyktyński, oglądają te cuda już 964 raz. To wielka liczba. To znaczy, że upłynęło już 964 lata... Wystarczy na chwilę zamknąć oczy. Słońce jak wtedy, tak i dziś wstaje z tej samej strony i o takim samym czasie. Trawa która dziś porasta wiślany brzeg nie różni się od pratrawy, która niemal tysiąc lat temu karmiła kozy lub krowy wypasane przez braci. Trzeba było pewnie wszystkich tych lat budowania i burzenia, trzeba było tych pierwszych serów i tej śmietany, mleka i smażonych konfitur, zebranych koszy malin, tych nałowionych wówczas w Wiśle ryb i tego upieczonego pachnącego chleba, nalewek i uwarzonego piwa i wina. Trzeba było tego całego czasu i chyba głównie po to, żeby dziś do tego wszystkiego wracać. Żeby było do czego wracać musiało się dziać, jak się działo bardzo wiele lat, bo tylko tak powstać może tradycja. Tradycja to jakby chodzenie tym samym szlakiem. Wydeptywanie drogi. Tyle, że ta droga, to droga ważniejsza o tyle, że ktoś już tą właśnie drogą bardzo długo szedł. Najprościej, ale i najprawdziwiej, wydeptujesz dobrą drogę kiedy wiesz, że nie idziesz nią sam. W takiej drodze nie jesteś sam. Masz przed sobą Mistrza. Obecność Mistrza jest konieczna, jeśli chcesz osiągnąć wyniki wysokiej jakości w dowolnej dziedzinie. Czyś jest tym, który uprawia zboże, czy pieczesz chleb, czy przyszedłeś do chłodnej jeszcze po zimie, głównej nawy przyklasztornego kościoła tynieckiego i przyklękasz pod lśniącą złotem amboną, czy może tylko oglądasz bardzo surowe w swoim rysunku kolejne stacje Drogi Krzyżowej. W tym wnętrzu obecność Mistrza jest niezaprzeczalna. Myślę sobie, że jest w tym miejscu powód dość szczególny, aby w coś uwierzyć. Warto. Prawie tysiąc lat... to nie jest byle co. To nie jest tak, że ten czas przepłynął i nic z niego nie zostało. Wybierz się tam i zobacz sam. Spotkaj to sam, sam doświadcz i pomyśl, że pewnie dawno temu inni też tu przychodzili. Jak Ci się nie uda zaufać za pierwszym spotkaniem z historią, która, gdy osiadali bracia benedyktyni na tynieckiej skale, miała już wówczas tyle, ile do tamtej zimy upłynęło, jak nie uda się, by zostało w Tobie coś więcej, niż pamięć o smaku któregoś z tradycyjnych dań, to wróć w to miejsce jeszcze kiedyś i spotkaj te same przydrożne krzyże, te same przydrożne kapliczki, te same figurki przed którymi dziadkowie, pradziadkowie i ich dziadkowie zatrzymywali się wtedy, kiedy wiosną szli do polnych prac, ale i wtedy, kiedy szli do kościoła z koszykiem, by poświęcić przyniesione pokarmy... To właśnie tradycja, to ta sama droga, to ten sam wart pamięci obyczaj. Autor: Krzysztof Michno
|
![]() |
![]() |